poniedziałek, 17 lutego 2020

mogilnicka nowinyDawno temu, mój 90-letni wujek powiedział: do osiemdziesiątki żyłem normalnie, a potem na kredyt. Wtedy nie bardzo rozumiałam tych słów, ale je zapamiętałam. Bogu dzięki mam nadal doskonałą pamięć, choć mój doktor powiedział – na razie. Dobre i na razie – oby trwało do setki, czyli jeszcze 17 lat. Owa pamięć nie bierze się znikąd. Trzeba ją ćwiczyć jak każdy organ. Ja od najmłodszych lat uczyłam się wierszy na pamięć (do dzisiaj znam ich dziesiątki), później, próbując coś zapamiętać, zapisywałam, aby się utrwaliło. I działa. Pamiętam bez mała wszystko – więc dużo. Taki przywilej długowieczności.
Podeszły wiek poza blaskami ma również cienie. Niestety tych jest więcej. Ot, na przykład dzwonię do pewnej szkoły, przedstawiam się z imienia i nazwiska i proszę o połączenie z dyrektorem. Osoba odbierająca telefon stwierdziła (niezbyt grzecznie): nic mi to nie mówi, ale łączę… No cóż. Miło nie było. Dla mnie takie zachowanie to brak taktu i delikatności. Moje pokolenie zostało inaczej wychowane. Uczono nas dobrych manier w domu, w szkole.
Z perspektywy przeżytych lat widzę, że odebrałam także dobre przygotowanie w dziedzinie języka ojczystego. To wielka zasługa pani profesor Jadwigi Świerczyńskiej – nauczycielki języka polskiego w szkole średniej, gdzieś hen na Podlasiu. Byłam jej uczennicą w latach 1949 – 1953. Ta nietuzinkowa osoba była absolwentką paryskiej Sorbony. Losy wojenne zaprowadziły ją do mojego miasteczka i była dla nas – jej uczniów - prawdziwym wzorem. Pani profesor mówiła pięknie, barwnie – często drżałam na myśl, że wkrótce zadzwoni dzwonek i przerwie wykład. Znała Pana Tadeusza na pamięć. Taka osoba potrafiła zaszczepić w uczniach umiłowanie do mowy ojczystej, literatury, poezji.
Później, już we Wrocławiu, spotkałam innego wspaniałego nauczyciela języka polskiego. Mimo że rodowity Ślązak, Franciszek Marek, posługiwał się przepiękną polszczyzną. Na jego wykładach na nowo zmieniałam się w „słup soli” – tak jak u prof. Świerczyńskiej.
Czy dzisiaj są tacy profesorowie i zakochani w nim bez reszty uczniowie? Oby było ich jak najwięcej!
Proza życia niestety częściej jednak nas „dopada” niż literacko-językowe uniesienia. Jesień tego roku była piękna. Wchodzę któregoś dnia do parku i widzę , że na oparciu ławki siedzą dwie nastolatki, buty na siedzeniu i palą papierosy. Podchodzę i pytam ile mają lat – jedna 14, druga 15. Czy dobrze robicie, pytam? Jak będziecie wyglądały mając tyle lat co ja? A ile pani ma lat? Ano prawie 83. A one na to: dobrych kremów pani używa. I co powiedzieć? Czy potraktować tę odpowiedź jako komplement?
Ludzie potrafią być uczynni i mili. Zrobiłam dziś potężne zakupy do kolejnej sałatki dla całej rodziny. Wspaniały sąsiad, pan Siciński ulitował się nade mną i moimi ciężkimi torbami i odwiózł mnie pod sam dom. Dziękując, powiedziałam, że to najlepszy dowód, że po osiemdziesiątce żyje się na kredyt. W odpowiedzi usłyszałam: w dobrym banku zaciągnęła pani ten kredyt. Miłe!
Są jednak i tacy, którzy nie rozumieją potrzeb innych i w ogóle ich nie interesuje pomaganie. Pewnego dnia też taszczyłam ciężką torbę z zakupami . W moim kierunku idzie młody człowiek. Ręce ma wolne, więc proszę o pomoc. Niestety, nie tylko nie pomógł, ale jeszcze bardzo arogancko zareagował. Byłam bardzo niemile zaskoczona – na ogół spotykam się z ludzką życzliwością.
Najlepiej być samodzielnym. Myślę, by wrócić do spacerów z kijami po parku. Trzeba dbać o dobrą kondycję i sprawność fizyczną. Będę prawdziwym dinozaurem uprawiającym ten sport, ale mnie to w ogóle nie przeszkadza.
Niedogodności i konsekwencje mojego życia na kredyt spadają na barki nie tylko moje, ale też mojej młodszej córki i jej męża. Są bisko, więc pomagają. Starsza córka mieszka w Sobótce i widzimy się okazjonalnie. Też robi ile może, oferuje pomoc, przygotowali z mężem pokój dla mnie w swoim domu. Ja jednak chcę radzić sobie sama – lepiej lub gorzej. Przez dwa i pół roku po śmierci męża miałam przynoszone obiady, pomoc w sprzątaniu. Ja nie miałam na nic siły. Od dwóch miesięcy zaczynam wracać do dawnych nawyków: gotuję zupy, które wszyscy lubią, robię sałatki. Teraz ja pomagam córce – role się odwróciły. Cieszę się, że moje zapracowane dziecko wreszcie trochę odpocznie.
Niedługo święta Bożego Narodzenia. Kolejne, trzecie święta bez męża. Spotkamy się rodzinnie w dużym mieszkaniu córki i znowu - jak dawniej – zrobię farsz na pierogi, tradycyjnie z wnuczką Małgosią ulepimy setkę pierogów. Moje pierogi cieszą się niesłabnącym, wieloletnim powodzeniem. Tajemnica smaku leży w dużej ilości wysmażonej cebuli, która daje całości szczególny, słodkawy smak.
Wiem, że moja postawa nie zawsze jest na medal. Jestem niepoprawną gadułą, ale mieszkając samotnie potrzebuję kontaktów z ludźmi jak tlenu. Czasami muszę sobie pogadać. Wiem, że często starzy ludzie denerwują młodych. Byłam świadkiem, jak młody, podchmielony człowiek zwrócił się do starszego pana: co ty tu jeszcze robisz, twoje miejsce jest na cmentarzu. Starszy człowiek zareagował gwałtownie, połamał na nim parasolkę, ale czy to coś dało? Takie są konsekwencje życia na kredyt.
Są kraje np. Japonia, gdzie bardzo szanuje się starych ludzi i gdzie żyje najwięcej stulatków. Jedną z tajemnic ich długowieczności są dobre relacje, jakie panują w lokalnych społecznościach. Tego u nas brakuje, jeszcze nie dorośliśmy jako społeczeństwo do stworzenia starym ludziom właściwych warunków życia. Miejsce na cmentarzu niestety będziemy mieli wszyscy – i starzy, i młodzi – to jedyna sprawiedliwość i od tego nikt nie ucieknie.

 

Zofia Mogilnicka

 

Nie masz uprawnień do komentowania