poniedziałek, 30 marca 2020

mogilnicka nowinyMoje obydwie ciotki – siostry ojca – Marynia Dyszlonkowa i najmłodsza siostra ojca Basia Werszkowa były wywiezione na Syberię około 40 roku minionego stulecia. (10.II.1940 roku dokonano pierwszych wywózek Polaków „na białe niedźwiedzie”).

O ile ciocia Marynia bardzo niechętnie wracała do tych okrutnych wspomnień, na tyle ciocia Basia – z zawodu nauczycielka języka rosyjskiego we Wrocławiu – umiała pięknie i barwnie o tych strasznych przeżyciach opowiadać. Ja ciekawa od zawsze świata i ludzi, nigdy nie miałam dość tych opowieści. Poza tym ciocia miała niezwykłą łatwość zjednywania sobie ludzi, była towarzyska, bardzo dowcipna, umiała żartować i robić dowcipy członkom rodziny. Oto jeden z nich. Tuż po otwarciu Panoramy Racławickiej we Wrocławiu (ciocia mieszkała przy ul. Wieczorka) trzeba było tylko przejść przez most na Odrze – od Panoramy do jej mieszkania było bardzo blisko. Umówiłam się w mieszkaniu cioci Basi z Gabrielą Nadolną cioteczną siostrą z Mosiny. Bilety na Panoramę miałam już kupione – wystane w ogromnej kolejce – i zjawiam się na umówioną godzinę. Wita mnie bardzo zatroskana ciocia i powiada: wiesz nie ma Gabci i chyba dzisiaj nie przyjedzie. Siadamy zmartwione przy stole, wtem nieoczekiwanie z szafy wyskakuje Gabriela i mówi, że to był pomysł cioci Basi. Radość tym większa! I tak było na co dzień do końca Jej dni – do 90 roku życia. Miała piękną jasną duszę. Kiedy zmarł mój ojciec ciocia była na pogrzebie, była dwa razy u ojca w szpitalu, choć leżał tam tylko 10 dni. Na stypie, kiedy do obiadu rodzinnego usiadło około 25 osób poprosiłam ciocię o wspomnienia z Syberii. Nastrój żałoby odpowiadał owym opowieściom. I potoczyła się wartka opowieść m.in. o tym jak najmłodszy Jędrek – wówczas trzylatek – głodny płakał bo nie bardzo wiedział dlaczego nie ma chleba, bo był na to za mały. Ciocia stwierdziła: wczoraj ty dostałeś ostatni kawałek chleba, przedwczoraj Janusz i Marek, a ja nie miałam w ustach chleba już od 6 dni i nie płaczę z tego powodu. Na to trzylatek odpowiedział: „obiecuję Ci, że już nigdy nie upomnę się o chleb.”
Zarówno mąż cioci Maryni jak i cioci Basi zginęli w Katyniu. Ciocia Basia wraz z trzema synami Markiem urodzonym w 1931 roku, Januszem urodzonym w 1933 roku i Andrzejem Ryszardem urodzonym w 1937 roku została wywieziona na Syberię. Przeszła tam katorgę. Uczyła języka rosyjskiego, ale żyli w skrajnej nędzy. Artur Opman w wierszu „List z Sybiru” pisał (fragment):


„Ale tu kwiaty umarły pod śniegu posłaniem
i o losie tej kartki, żaden ci nie powie.
Mamo! jak to okropnie, gdy słowo po słowie,
kiedy duszę, serce swe och całego siebie
bo i tak nie wiem czy kiedyś powrócę do Ciebie”


pisał syn Sybiraczki do Matki

Dzielna ciocia Basia po 5 latach katorgi w 1945 roku powróciła w z trójką swoich dzieci. Przyjechali do Międzyrzeca Podlaskiego ba tam było najbliżej
Ciocia była tak wychudzona, że trudno było poznać tę piękną kobietę. Miałam wówczas 9 lat ale bardzo dobrze pamiętam, że na spodniach 14 – letniego wówczas Marka naliczyliśmy 76 łat.
Cala rodzina zmobilizowała się, żeby w pierwszej kolejności nakarmić całą czwórkę, by byli podobni do ludzi i aby ich ubrać. Lotem błyskawicy rozniosła się wiadomość o powrocie cioci Basi z chłopcami. Przyjaciele, znajomi, sąsiedzi zaczęli znosić ubrania, spodnie, swetry, kurtki, bieliznę, buty wyręczając nas we wszystkim. Spodnie Marka łatane na wszelkie możliwe sposoby zachowaliśmy jako dowód namacalny zbrodni popełnionej na naszym narodzie przez Sowietów. Cały miesiąc ciocia mieszkała z nami w tartaku. Chłopcy byli bardzo szczęśliwi, grali w piłkę, oddychali powietrzem przepojonym żywicą – bo to przecie tartak, a dorośli rozważali, gdzie na stale ulokować tą rodzinę.
We Wrocławiu na ul. Czajkowskiego mieszkała siostra wujka Werszki wraz z rodziną Mieli całkiem spory dom w ogrodzie. Ciocia Basia w tajemnicy przed wszystkimi ustaliła ten adres i napisała do swojej szwagierki. Nieoczekiwanie nadeszła odpowiedź: „Kochana Basiu! Natychmiast przyjeżdżajcie do nas, oddamy Wam całą górę naszego domu”. Była tam mała kuchnia, w której ciocia zrobiła sobie posłanie i dwa pokoje, jeden większy drugi całkiem malutki. W pokojach zamieszkali chłopcy. Ale dla nich po Syberii to był raj na ziemi. Ciocia zaczęła pracować w szkole jako nauczycielka języka rosyjskiego, a  chłopcy zaczęli chodzić do szkół. Każdy z nich miał inne zainteresowania: najstarszy Marek Werszko, późniejszy doktor matematyki pracował wraz z żoną Danusią – też matematykiem - na Politechnice Wrocławskiej.
Średni Janusz studiował razem z naszym przyjacielem Jackiem Wadowskim (zmarł 25.XII.2005 roku) na wydziale prawa Uniwersytetu Wrocławskiego i potem był radcą prawnym w wielu zakładach Wrocławia.
Najmłodszy Jędrek - tak był nazwany w rodzinie - był muzykiem. Początkowo prywatnych lekcji udzielał mu stary profesor, potem Szkoła Muzyczna, Konserwatorium i grał w orkiestrze Operetki Wrocławskiej. Imał się wielu zawodów. Był właścicielem wielkiego gospodarstwa rolnego, potrafił kierować traktorem, by wreszcie wraz z drugą żoną Jadwigą otworzyć dwie drogerie we Wrocławiu. Sklepy znakomicie prosperowały. Jędrek młodszy ode mnie o rok niestety od paru lat nie żyje. Jedyny jego syn Tadeusz ze związku z Larysą (Jędrek był 19 letnim ojcem i z synem żyli na koleżeńskiej stopie zwracając się do siebie per ty) także zmarł dwa lata temu. Pozostały dwie córki Tadeusza, których niestety nie znam.0
Ciocia Basia do końca pełna wdzięku, ciągle młoda duchem, choć w ostatnich latach życia zaczynała tracić wzrok. Mówiła, ze inni maja stokroć gorzej i nie uskarżała się na dolegliwości. Kto do Niej przychodził, czytał jej ulubione wiersze Wisławy Szymborskiej. Jej to zupełnie wystarczało. Mieszkała blisko Katedry we Wrocławiu, każdego dnia szła do Katedry na pierwszą poranną mszę, wracając do domu kupowała drożdżówki , robiła herbatę i przed obiadem zwykle przyjmowała gości, bo w Jej domu było zwykle rojno i gwarno mimo, ze mieszkała w nim tak leciwa osoba. W 1998 roku poddała się operacji i z narkozy się już nie wybudziła.
Z Ewą Puławską moją cioteczną siostrą zamieszkała w Warszawie postanowiłyśmy, że na 90 urodziny cioci Basi kupimy 90 czerwonych róż i złożymy cioci wizytę.
Niestety 4 grudnia 1998 roku odbył się niezapomniany pogrzeb cioci Basi na cmentarzu we Wrocławiu. Ewa Puławska w przeddzień pogrzebu przyjechała do nas, nocowała i raniutko pojechałyśmy do Wrocławia. Msza św. odbyła się w Katedrze Wrocławskiej. Śniadanie jedna z nas ja zjadłam u Marka i Danusi, a Ewa w domu Janusza Werszki i Jego rodziny.
Kupiłyśmy po 45 róż i złożyłyśmy na grobie najcudowniejszej cioci świata. Cioci Basi Werszkowej.

 

Zofia Mogilnicka

 

Nie masz uprawnień do komentowania