piątek, 23 października 2020

ryszard koziolek portret agSą książki, bez znajomości których nie sposób zrozumieć świata, w jakim żyjemy. Świata kultury zwanej narodową, choć tworzy ją wiele różnych nacji – mówi prof. Ryszard Koziołek, literaturoznawca, rektor Uniwersytetu Śląskiego.

 

Ryszard Koziołek, fot. Grzegorz Celejewski/AG!

 

Jego Magnificencjo Rektorze, Szanowny Panie Profesorze. Pana szkic "Deklaracje" otwierający tom "Dobrze się myśli literaturą" jest – myślę, że nie tylko dla mnie – najlepszym kluczem do świata książek. Zaproszeniem, któremu trudno się oprzeć do lektury dzieł Cervantesa czy Flauberta. Trzecie nazwisko, które się tam pojawia to Czesław Miłosz, po nim jest Oscar Wilde i wielu, wielu innych. Pomimo faktu, że jak pan twierdzi: "Utopia powszechnego czytania się nie ziści", uczniowie wszystkich szkół co roku otrzymują spisy lektur. Świadomość tego, że powinni im sprostać, rodzi też pytanie, kto powinien odpowiadać za ich dobór?

Odpowiadamy my wszyscy. Choć przede wszystkim ci, którzy się tym zajmują, czyli nauczyciele poloniści. Ważną częścią naszej pracy jest mądre skłonienie uczniów do czytania. Ważę słowa, gdyż w każde nauczanie wpisany jest przymus i nie ma co się kokietować, że bez niego jakkolwiek szkoła jest możliwa. Oczywiście ten przymus nie może być tępy. Musi być motywowany. Uczeń powinien wiedzieć, dlaczego wymaga się od niego wiedzy.

Jest takie irytujące nauczycieli uczniowskie pytanie: na co mi się to przyda? Mnie ono irytowało przez lata, teraz jestem trochę bardziej wyrozumiały. To odwieczne pytanie, które jako uczniowie zadawaliśmy w odniesieniu do poszczególnych przedmiotów czy fragmentów szkolnej wiedzy: a no mi to? A po co mi to? A czy to mi się do czegokolwiek w życiu przyda? Uważam, że uczeń na to pytanie powinien dostać odpowiedź. Czy ona go satysfakcjonuje czy nie, to jest już inna sprawa, natomiast nie należy tego pytania lekceważyć. W przypadku lektur szkolnych to pytanie powinno paść. Ono powinno leżeć u źródeł metodyki i dydaktyki polonistycznej.

Nauczyciel przychodzący do klasy z określoną lekturą, musi wprzódy na to pytanie sam sobie odpowiedzieć. Z jakich powodów ta lektura może być dla moich uczniów istotna? Ta właśnie lektura dla tego rocznika. Nie dla uczniów w ogóle, nie dla abstrakcyjnego ucznia, lecz dla tego konkretnego ucznia, w określonym czasie. Dlaczego czytanie np. "Janka Muzykanta" w 2020 roku jest dla niego przydatne, abstrahując od wypełnienia szkolnego obowiązku i zdania egzaminu.

 

Z czego nietrudno wysnuć wniosek, że od kanonu lektur odejść nie sposób. Czy tak?

Stałego kanonu lektur szkolnych nie ma i nigdy nie było. On się zawsze zmienia. Zmienia się w przebiegach historycznych. Warto pamiętać, że w modelu powszechnej edukacji jesteśmy dziećmi oświecenia. Wtedy dokonała się zasadnicza zmiana w systemach edukacyjnych całego świata zachodniego. Dominującą pozycję łaciny i greki w istotny sposób uzupełniły języki narodowe i pisana w nich literatura. Kanon zmienia się nawet w odniesieniu do tzw. świętych ksiąg. Dyskusja nad zawartością kanonu jest potrzebna. Dobrze, że się toczy, bo pokazuje, że to, co dzieci i młodzież czytają, jest dla nas ważne. Są natomiast pewne książki, bez znajomości których nie sposób zrozumieć świata, w jakim żyjemy. Świata kultury zwanej narodową, choć tworzy ją wiele różnych nacji. Wystarczy wziąć najświętsza księgę polskiej literatury, czyli "Pana Tadeusza" z Litwą w incipicie. To pokazuje, że na bogactwo literatury i tym samym kulturę danego narodu wpływają zarówno kultury innych państw, jak też byty czy organizmy polityczne narodów mieszkających w obrębie jego granic.
Zmierzając wprost do odpowiedzi na pana pytanie: tak, uważam, że bez pewnych autorów i książek nie potrafię sobie wyobrazić kanonu polskiej literatury, a co za tym idzie spisu lektur. Nie wyobrażam sobie, żeby nie było tam Mickiewicza, Sienkiewicza, Miłosza, Herberta. Kanon powinien być zmienny, powinniśmy o nim dyskutować, wprowadzać nową klasykę, jak Szymborska. Kanon musi być żywy, zasilanym świeżymi strumieniami nowej literatury.

 

Skoro jesteśmy przy noblistach, to warto wspomnieć o Oldze Tokarczuk. Myślę, że w tej chwili trzeba się poważnie zastanowić nad jej wprowadzeniem w poszerzonym zakresie do lektur szkolnych.

Oczywiście. Olga Tokarczuk w szkolnych programach występuje już od dawna, choć bardziej jako lektura uzupełniająca. Uważam, że wszyscy polscy nobliści bez różnicy powinni znaleźć w spisach lektur. Dlatego, że jest to literatura naszego otwarcia na świat. Jedną z funkcji edukacji jest zapewnienie uczniom możliwie szerokiego kontaktu także ze światem poza polskim. Pisarze nagrodzeni literackim Noblem są naszymi naturalnymi ambasadorami; najlepszymi pośrednikami łączącymi nas z czytającą publicznością świata. Jeśli ktoś na świecie coś wie o polskiej literaturze, to najprawdopodobniej za sprawą Nagrody Nobla i tego wszystkiego, co się wokół niej dzieje.

 

ryszard koziolek uniwersytet slaski w katowicach ag

Inauguracja nowego roku akademickiego 2013/2014, Uniwersytet Śląski w Katowicach. Wręczenie indeksów przez prof. dar hab. Ryszarda Koziołka, fot. Joanna Nowicka/AG

 

W jakim kierunku powinien podążać szkolny model rozwijania czytelnictwa wśród młodzieży? Czy wokół lektur polskich autorów, czy też w poszerzonej formule, z uwzględnieniem najważniejszych dzieł literatury światowej?

To bardzo ważna kwestia, nie do końca rozstrzygnięta. Można zapytać, czy tym co najważniejsze ma tu być kryterium ilościowe? Trzeba być ostrożnym, żeby nie przeładować spisu lektur, bo to może mieć dokładnie odwrotny skutek. Obecnie obserwujemy zjawisko wiedzy, a nie czytania. W kompetencjach uczniowskich dominuje wiedza o literaturze, a nie doświadczenie lekturowe. Mówiąc wprost, uczą się o książkach, ale ich nie czytają. Tak jest skonstruowany zwłaszcza system egzaminowania, że można zdawać kolejne egzaminy nie czytając książek, tylko ucząc się o nich z podręczników czy z innych materiałów edukacyjnych. To jest, moim zdaniem, główne zagrożenie w dzisiejszej szkole: brak rzeczywistej lektury.

 

Zdaję sobie sprawę, że to może być trudne. Sam tego doświadczyłem. Jako student teatrologii przy filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego nabyłem spis obowiązkowych lektur. Była to kilkudziesięciostronicowa broszurka z drobiazgowo wyliczonymi drobnym druczkiem kolejnymi pozycjami. Serce podeszło mi do do gardła i przez dłuższy czas nie mogłem wyjść z szoku, czy uda mi się temu sprostać. Nie sądzę, żeby taka sztuka komukolwiek się udała, łącznie z układającymi tę listę.

Ależ… oczywiście. Pewnie wielu zawodowych literaturoznawców wysokiej klasy ma podobne grzechy na swoim sumieniu, jeśli to w ogóle można uznać za grzech. To jest w wielu przypadkach niewykonalne, zważywszy, że na studiach robimy jeszcze inne rzeczy poza czytaniem lektur. Tak samo dzieje się w szkole. Na pewno należy do tego podjeść racjonalnie, mierząc czas lektury – zdając sobie sprawę, ile trwa przeczytanie grubej książki, do tego jeszcze rozumne przeczytanie – dostosować do możliwości uczniów, zważywszy na to, że mają jeszcze inne przedmioty. Trzeba też wziąć pod uwagę, że mają jeszcze inne zainteresowania i fascynacje. I tak to przykroić, żeby możliwa była rzeczywista lektura. Jeśli już czas potrzebny do przeczytania konkretnego tekstu zostanie wyliczony, to wtedy należy się postarać, żeby zniwelować lekturowy przymus mądrą zachętą. Istotą literatury jest forma języka. To jak literatura do nas przemawia jest pewną formą organizacji języka, czego nie da się oddać w inny sposób, niż właśnie za sprawą tejże literatury. I to jest kluczowe zadanie szkoły – przygotować do czytania literatury, a nie wyłącznie uczyć wiedzy o literaturze.

 

Przez lata mogliśmy obserwować rozmaite zmiany w spisach lektur, towarzyszące wymianie kolejnych ekip rządzących. Zdarza się, że ten czy inny minister edukacji narzuca pewien ton. Pytanie czy słuszny. Rodzą się np. pomysły wymazania z kanonu lektur szkolnych Gombrowicza, który w "Ferdydurke" kpi sobie z systemu nauczania ograniczonego do powtarzania drętwych formuł i bogoojczyźnianych haseł. Na ile zasadna czy usprawiedliwiona jest taka ingerencja?

Całe szczęście, że uczniowie mają w zestawie takie książki, zresztą nie tylko "Ferdydurke". Czytamy np. "Monachomachię" Ignacego Krasickiego, która ma w sobie poważny ładunek satyryczny i krytyczny. I bardzo dobrze, bo to jest wielka lekcja tego, na co pozwala język. Na co pozwala literatura, np. na wyeksponowanie wad i ich napiętnowanie w możliwie atrakcyjny, czyli dowcipny sposób. Wyobrażenie sobie współczesnej literatury bez Witolda Gombrowicza jest absurdalne, bo byłaby to amputacja istotnej części żywego realizmu. Podobnie, jak spór swego czasu o to, czy Sienkiewicz czy Gombrowicz. Nie ma już jednego bez drugiego, dlatego, że nie ma Gombrowicza bez Sienkiewicza. Nie zrozumiemy właściwie mitologii szlacheckiej, jej języka, ani całej formy sarmackiej, jeśli nie przeczytamy przynajmniej kawałka prozy Sienkiewicza. I w drugą stronę, bo to nie działa tylko chronologicznie. Czytamy teraz Sienkiewicza poprzez Gombrowicza, który pisał o nim jako o "pierwszorzędnym pisarzu drugorzędnym". I ze względu na tę ironię gombrowiczowską patrzymy już na Sienkiewicza cokolwiek z ukosa – co ożywia jego odbiór.

Istnieje popularne powiedzenie, że książki opowiadają o innych książkach i to też jest lekcja literatury. Tzn. dopiero uczeń, który przeczyta i Sienkiewicza, i Gombrowicza zaczyna rozumieć, jak książki ze sobą rozmawiają. Albo też, kiedy czytamy Miłosza i Mickiewicza, mamy dwa obrazy Litwy, podwójny stosunek do natury, no i rzeczywistą fascynację obydwoma poetami. Uczymy widzieć i słyszeć to, co nienapisane. Uczenie literatury w szkole nie jest tylko zachętą do czytania. Ludzie czytają dla przyjemności. W szkole chodzi o to, żeby nauczyć widzenia, jak literatura przedstawia świat, jak wchodzi w dialog z innymi tekstami. Tylko to wymaga wiedzy.

Status języka polskiego wśród innych przedmiotów w szkole jest wyjątkowy. To nie jest jedynie nauka wiedzy, tak jak na matematyce czy biologii, ale także budowanie naszej tożsamości. Dzięki nauce języka polskiego, kształtowaniu go oraz lekturze tekstów literackich uczeń w polskiej szkole uświadamia sobie, kim jesteśmy jako podmiot narodowy, etniczny. Co to jest polskość opowiedziana w literaturze. Stąd dla każdego polityka, który przywiązuje do tego wagę, istnieje skłonność, żeby majstrować przy listach lektur, bo wydaje mu się, że ma to bezpośredni wpływ także na kwestie ideologii czy świadomości narodowej, a ostatecznie na dokonywane wybory polityczne. Polityk powinien się trzymać jak najdalej od kształtowania listy szkolnych lektur i pozostawić to literaturoznawcom, którzy mają najlepsze rozeznanie w materii językowej i literackiej.

 

ryszard koziolek ag portret 1

Ryszard Koziołek, fot. Grzegorz Celejewski/AG

 

A jak pan profesor ocenia coraz szerszy udział literatury non-fiction w życiu społecznym? Czy ta część rynku księgarskiego powinna znaleźć odzwierciedlenie w spisach lektur szkolnych?

Naturalnie że tak. Użył pan trafnego określenia literatura non-fiction. Mamy tu zderzenie z jednej strony tego, co uważamy za literaturę, a więc nowatorski, oryginalny, tendencyjny sposób podejścia do języka, ale i non-fiction, a więc reporterski sposób zapisu rzeczywistości. Ja bym podchodził do tego zjawiska dokładnie tak samo, jak do literatury fikcyjnej, tzn. wybierałbym autorów wybitnych, jak Ryszard Kapuściński czy Hanna Krall – żeby daleko nie szukać – jako autorów w tym gatunku bezsprzecznie pierwszorzędnych. Nie jestem przeciwny przeniesieniu ciężaru na ten gatunek literatury – jako tej, która opowiada o rzekomo prawdziwym, rzeczywistym świecie – żeby było jej więcej. Wartością kształcenia literackiego jest także to, że sztuka słowa pobudza wyobraźnię. I uczy nas wyobrażać sobie to, czego jeszcze nie wiemy. Mam tu na myśli przyszłość i światy alternatywne. Ważna umiejętność człowieka, także dorosłego, żeby rozważać alternatywę – własnego życia, sytuacji, które się zdarzyły czy po prostu przyszłości. I jest to bezcenne ćwiczenie wyobraźni projektującej, tworzącej scenariusze przyszłości, w czym literatura ma swój niezaprzeczalny udział.

 

Skoro mowa o przyszłości, przychodzi na myśl fenomen Stanisława Lema. Wiele jego wskazań sprzed dziesięcioleci teraz okazuje się wcale nie fikcyjnym, lecz realnym bytem, że wymienię chociażby internet. Czy w Roku Stanisława Lema (2021), na fali wzrostu zainteresowania pisarzem, powinno się przewidzieć większy udział jego książek w puli lektur?

On i tak jest już spory, ale rzeczywiście w kręgach fascynatów jego twórczości był taki czas, kiedy wydawało się, że Stanisław Lem jest bardziej popularny poza granicami kraju niż w Polsce, ale ranga i autorytet tego autora są w tej chwili niepodważalne. Lem stał się klasykiem XX wieku. Jego zdolność przewidywana, jego kolosalna wiedza o nauce i jej możliwych konsekwencjach, trwale oddziałuje na wyobraźnię rozmaitych sfer czytelników. Od fanów science fiction do poważnych naukowców. To jest jeden z naszych klasyków o ogólnoświatowym znaczeniu.

 

Zrobiło się tak poważnie, że pora przejść do równie ważnej materii, jak zabawy najmłodszych, podczas których poznają swoją pozycję w świecie. Wydaje mi się także, że zabawa jest najlepszą metodą bezinwazyjnego przyswajania wiedzy. Co należałoby uczynić, żeby pozyskać sobie w dziecku przyszłego czytelnika albo i miłośnika książek? Czytać mu od kołyski?

Predyspozycje do zainteresowania opowieściami przejawiamy od wczesnych lat. Jeszcze zanim sami zaczniemy czytać i pisać, opowiadamy rozmaite historie. Często rodzice i inni starsi są pierwszymi autorami, którzy snują wątki swoich historii dzieciom, nie zdając sobie sprawy, że relacjonując im jakieś wydarzenia czy nazywając rozgrywającą się przed ich oczami rzeczywistość, są dla nich pierwszymi autorami. To ważna funkcja narracji, kiedy opowiadamy dzieciom, że biegnie pies, gdacze kura czy jedzie samochód. Narracja jest najbardziej powszechnym sposobem objaśniania świata. Im atrakcyjniej snujemy opowieść, tym bardziej rosną jej walory poznawcze, jak również korzyści dla słuchającego, więc tym lepiej mu skupić się na rzeczywistości. A potem naszą rolę przejmuje literatura, która w tym względzie jest niepokonana. Opowiadanie i czytanie dziecku jest najbardziej przyjaznym wprowadzaniem go w przyszłą sztukę samodzielnego kontaktu ze słowem pisanym.

 

Śpiew matki nad dzieckiem w kołysce jest jego pierwszym elementarnym kontaktem ze sztuką słowa.

Pełna zgoda. Nie ma takiego wieku, który nie byłby dobry do wprowadzania w literaturę. Nawet w wieku prenatalnym można szeptać do brzucha matki. Mnie bardzo cieszy rozkwit audiobooków, czyli powrót literatury oralnej. W badaniach obyczajów naszych rodaków odnotowujemy renesans sztuki opowiadania. Słuchamy coraz więcej audiobooków, np. podczas jazdy samochodem. I jest to dobry znak, w którym można się dopatrywać powrotu do czasów dziecięcych, kiedy jeszcze nie umieliśmy czytać, ale lubiliśmy słuchać.

 

ryszard koziolek nagroda ag

Śląski Wawrzyn Literacki za książkę "Dobrze się myśli literaturą" dla Ryszarda Koziołka, Biblioteka Śląska w Katowicach, fot. Anna Lewańska/AG

 

Jak pan profesor podchodzi do ekranowych czy scenicznych przeniesień dzieł literackich? Co robić, żeby młodzi ludzie nie zastępowali osobistej lektury książki wyłącznie przez przyswojenie filmu czy serialu?

Od niepamiętnych czasów literatura była otwarta na inne media, przede wszystkim na formy muzyczne i teatralne. Toteż ten transfer i wymiana literatury z rozmaitymi innymi formami przekazu sztuki będzie wciąż trwała. To cieszy, choć oczywiście nie powinno być mowy o zastępowaniu jednego drugim, bo to są różne formy. To są inne języki, inne dyskursy, inne typy odbioru, aktywizujące inne zmysły i inne operacje poznawcze. Nie tylko poznawcze, bo i afektywne, uczuciowe czy emocjonalne. Trzeba robić jedno i drugie, natomiast nie jest dobrze, jeśli używa się filmu wyłącznie po to, żeby zilustrować lekturę, bo to jest droga na skróty. Uważam, że film jako taki powinien być w szkole przedmiotem nauczania, jak i inne formy obrazowego przedstawiania: serial, fotografia czy sztuka internetowa. Natomiast fundamentem tych wszystkich opowieści jest literatura. Wielka kariera serialu, którą obserwujemy w ostatnich latach, nie byłaby możliwa, gdyby nie scenariusz lub powieść, które stoją u źródeł tych opowieści. Nawet gdyby kino miało zdominować te sposoby obcowania z narracją, literatura i tak będzie żyła. Bo bez niej – bez opowieści, bez scenariusza – żaden dobry film czy serial nie powstanie.

 

Nawet filmowcy przyznają, że scenariusz to podstawa dobrego filmu. Bez dobrego scenariusza nie sposób utrzymać uwagi widza.

Bywa też tak, że film zwraca uwagę odbiorcy w stronę literatury. Potteromania, czyli największy fenomen czytelniczy ostatnich lat, równie wiele w swojej skali zawdzięcza filmowi, co literaturze. Najpierw były oczywiście książki, ale ekranizacja całego cyklu przysporzyła im czytelników. To jest w tej chwili, jeśli się mylę, ponad pół miliarda sprzedanych książek, tak więc skala tego wpływu jest gigantyczna.

 

Czy zdaniem pana profesora w spisach lektur szkolnych są jeszcze białe plamy? Jakie obszary literackie albo którzy ludzi pióra nie są jeszcze dostatecznie znani i czytani?

Odpowiem trochę nie wprost. Uważam, że powinno się pozwolić uczniom wprowadzać swoje lektury w krąg tematów poruszanych na lekcjach języka polskiego. I tak projektować rok z książkami, aby było tam miejsce na teksty zgłaszane przez uczniów. Bardzo ważne jest bowiem to, żeby nie dzielić literatury na szkolną i tę czytaną w domu – prywatnie, po godzinach, dla przyjemności. Wtedy rodzi się takie niedobre getto lektur szkolnych, czyli czytanie obarczone przymusem, obowiązkami, ocenami itd. Nawet, jeśli te lektury budzą szacunek, to on jest przesiąknięty takim szkolnym zapachem, żeby nie powiedzieć smrodem. To jest pierwsza rzecz, której bym się dopominał – miejsca dla lektur uczniowskich. Można to zorganizować na rozmaite sposoby, np. przez ranking zgłoszeń. To po pierwsze.

Po drugie, nauczyciele powinni przynosić do klasy książki, które sami czytają. Dobrym pomysłem są książki wakacyjne. Po wakacjach można się podzielić tym, co się przeczytało dla przyjemności – na plaży, w ogródku, na balkonie, gdziekolwiek. Dobrze by się stało, gdyby literaturę otaczała aura przyjemności, a nie tylko obowiązku.

 

O ile w uczniu nie zaświta przekonanie, że może zaimponować czymś, co będzie akurat dobrze widziane, a nie np. książkami von Dänikena, którego właśnie z pasją pochłaniał.

To już problem oportunizmu. Od siebie powiem, że na wakacjach przeczytałem starą książkę Virginii Woolf "Orlando". Jestem nią zachwycony i nabrałem przekonania, że zasługuje na to, abym o niej opowiadał. Pamiętam nakręcony na jej podstawie film, ale oryginał literacki ma zdecydowanie inny klimat, stanowczo wart uwagi.

 

picture 27652 1383236775Autor: Janusz R. Kowalczyk

Janusz R. Kowalczyk – teatrolog i filmoznawca (UJ, Kraków), scenarzysta (PWSFTViT, Łódź). Satyryk (Piwnica pod Baranami, 1978–1987). Recenzent teatralny ("Rzeczpospolita", 1990–2008). Autor słuchowisk, scenariuszy, książek (m.in. "Wracając do moich Baranów" i, z Pawłem Szlachetko, "STS. Tu wszystko się zaczęło"). Od 2009 w Culture.pl – zajmuje się literaturą.

 

LOGO culture pl

Nie masz uprawnień do komentowania