
Chciałem namawiać do oddania 1% na cele kulturalne, czyli na „Stowarzyszenie Żywych Poetów". Bardzo chciałem namawiać bo po ostatnich podwyżkach czynszu za lokal (14 metrów kwadratowych) - jest bidnie i trochę trudno. Mam jednak z okolicznością możliwości przekazania 1 % podatku na cele społecznie użyteczne pewien nieusuwalny dysonans. Zastanawiam się jak mam namawiać do oddawania 1% na kulturę, powiedzmy na wydawanie książek, poezji, antologii, czasopisma, organizowanie spotkań autorskich - gdy wokół wszystkie dziecięce nieszczęścia, bezdomne kundle, hospicja, wyrównywanie szans edukacyjnych.
Szukając informacji podróżniczych łatwo natrafić na magazyn Traveler, ukazujący się pod szyldem National Geographic Polska. W jednym z wydań roku 2008 znaleźć można tekst zatytułowany Kuba - podróż życia, który na okładce zareklamowano: Kuba najlepsza na zimową depresję. Anna Siwek napisała naprawdę porządny reportaż.
Wydawało mi się, że dawno nic nie czytałem o najnowszej poezji, że już odpadłem. A tymczasem czytam w necie, bo w kiosku nie kupuję - artykuł Przemysława Witkowskiego „Trzeba zabić starych poetów". Znowu wołanie o zaangażowanie, znowu dyskusja w sieci i znowu w podobnym tonie. O tym, że na takim poziomie nie warto gadać. Zabić trzeba tym razem poetów z okolic dawnego bruLionu a namaścić Górę, Pułkę, Witkowskiego, Kopyta, wszystkich których Witkowski przypisze do nurtu lewicującego.
Zamiast
być jak Batman broniący nieporadnych mieszczan Gotham City przed
zgrają psychopatycznych złoczyńców z Jokerem na czele czy Paul
Kersey wyrywający chwasty na bezdrożach ludzkiego łotrostwa,
wolimy siedzieć bezpiecznie w fotelu i oglądać w domowym kinie,
jak samotni obrońcy i mściciele za nas, leniwców, wymierzają
sprawiedliwość, spełniając w królestwie fantazji nasze dziecięce
marzenia i sny o potędze.
W poprzednim felietonie (TU) zdeklarowałem rozwałkowanie akronimu TPPR, skrótowca w sensie historycznym zaprzeszłego, ale w Brzegu wciąż żywego. Uderzę w nutę poetycką. Towarzystwo Popierania Panów Rządzących (TPPR) rozkwitło w naszym mieście cudnie, niczym kaktus w zapuszczonym ogródku lokalnego kacyka.
Trudno wyznaczyć początek i koniec historii, którą wciąga czytelnika Lidia Ostałowska w reportażu „Farby wodne" wydanym przez Wydawnictwo „Czarne". Można zaryzykować twierdzenie, że nici zdarzeń po raz pierwszy nierozerwalnie zawiązują się w 1943 roku, kiedy do Auschwitz trafia Dina Gottliebova, studentka akademii sztuk pięknych.