środa, 25 maja 2022

wlodzimierz nahorny papOn – muzyk obdarzony niezrównanym talentem, który ma dwie natury. Jedną stanowczą i energiczną, drugą – skromną i marzycielską. Jedna zrodziła awangardowego saksofonistę, druga – lirycznego pianistę.

 

 

Włodzimierz Nahorny, który nadal odgrywa jedną z głównych ról na polskiej scenie jazzowej, opowiedział Culture.pl o tym, bez czego jazzman nie może się obejść i jak Amerykanie pokochali słowiański jazz.

 

Włodzimierz Nahorny, Sala Kameralna Filharmonii Narodowej, XIII Międzynarodowy Festiwal Jazzowy Jamboree, Warszawa, 1970, fot. Zbigniew Wdowiński / PAP

 

W swoim bogatym życiu muzycznym grał pan bluesa, rocka, tworzył ballady, zdobył pan klasyczne wykształcenie, a w końcu zajął się jazzem. To pan wybrał jazz czy może jazz wybrał pana?

 

Raczej to ostatnie, a ja się po prostu zgodziłem. Miałem szczęście, że moja starsza siostra, kiedy byłem całkiem małym chłopcem, wybierała chłopaków z zamiłowaniem do muzyki. Jej przyszły mąż, Jan Sitkowski, gdański inżynier i specjalista od silników spalinowych, był miłośnikiem jazzu i nawet współzałożycielem pierwszego w Polsce i Europie pisma jazzowego, które nosiło nazwę "Jazz". Posiadał ogromną kolekcję płyt. W liceum uczyłem się w Gdańsku i żeby nie mieszkać w internacie, wprowadziłem się do nich, więc mogłem słuchać tych wszystkich nagrań. Ponadto wszystkie imprezy jazzowe na Wybrzeżu, z wyjątkiem oficjalnych wydarzeń, odbywały się u nich w domu. Nieuchronnie musiało się to na mnie odbić! Już wtedy zacząłem grać jazz. Choć oczywiście trudno to nazwać jazzem, raczej muzyką improwizowaną. Zresztą dla dyrekcji szkoły wszystko, czego nie grano z nut, nazywało się jazzem i budziło podejrzenia.

 

To było coś obcego.

 

Tak, odwilż nastąpiła później. W połowie lat 50. w wyższych szkołach muzycznych nie było nauki na takich instrumentach jak saksofon czy gitara. Nie były to instrumenty symfoniczne, więc nauczyć się na nich grać można było tylko samodzielnie.

 

Jak?

 

Muzyka jazzowa w tamtych czasach była nie tylko improwizacją na instrumencie muzycznym, była to improwizacja pod każdym względem. Nie było szkół, więc uczyliśmy się teorii jazzu w oparciu o improwizacje Parkera i Coltrane'a, później Billa Evansa, na ogół największych muzyków. Braliśmy płytę i słuchaliśmy, dopóki nie nauczyliśmy się jej na pamięć, żeby potem odtworzyć ją na swoim instrumencie. Tak więc była to okrężna droga.

 

Może to lepsza droga?

 

Okrężne drogi często przynoszą więcej korzyści niż drogi na wprost. Ciągle powtarzam to moim studentom. Kiedy chcę, żeby posłuchali jakiejś kompozycji, przynoszę im płytę, a oni mówią: "Panie profesorze, po co nam to? Wystarczy wejść na youtube.com, nacisnąć play i posłuchać utworu. Po co słuchać 15 kompozycji?". Takie podejście jest bardzo szkodliwe, ponieważ tracą nie tylko masę pożytecznych informacji, ale także przyjemność. Często podaję studentom swój przykład. W czasach mojej młodości nie było internetu, kompozycję trudno było znaleźć, problemy były nawet z nagraniami. Czasami kupowałem płytę za jeden pięknie wykonany utwór, który dla pianisty czy wokalisty był najważniejszą sprawą w życiu. Odtwarzacze były fatalnej jakości, więc aby nie zepsuć płyty i igły, album odsłuchiwano od początku do końca. W pewnym momencie uświadamiałem sobie, że najbardziej lubię nie tę kompozycję, z powodu której kupiłem płytę, ale całkiem inną, mniej zauważalną. W trakcie ciągłego przesłuchiwania albumu tak bardzo zapadła mi w pamięć, że stała się moją ulubioną.

 

Czego teraz pan słucha?

 

Wszystko zależy od tego, w jakim nastroju się obudzę. Miałem dwie płyty, których słuchałem zawsze rano. Jak tylko się budziłem, przed wyjściem do pracy, nastawiałam "The Atomic Mr Basie" Counta Basie'go albo "Concert by the Sea" Garnera. To są moje ulubione albumy. Przestałem to robić dopiero, gdy zacząłem mieszkać z kimś. Nie każdy zniesie słuchanie po raz setny tego samego albumu. On nakręcał mnie na cały dzień. Dzisiaj wróciłem do nawyku rozpoczynania dnia muzyką – teraz mamy słuchawki bezprzewodowe i nikomu to nie przeszkadza. Słucham Garnera z takim samym podekscytowaniem jak i siedemdziesiąt lat temu. Tego rodzaju "drive" nie jest mi już potrzebny, dlatego włączam "Concert by the Sea" raz w tygodniu albo raz w miesiącu, ale słucham do tej pory. Nadal też słucham pianistów, znacznie rzadziej wokalistów – kiedyś robiłem to częściej.

 

wlodzimierz nahorny jazz jamboree forum 33

Włodzimierz Nahorny na Jazz Jamboree, Warszawa, 1972, fot. Jerzy Płoński RSW/Forum

 

/.../

 

Czym jest dla pana jazz dzisiaj?

 

Coraz bardziej tym, czym był dla mnie na samym początku. Nie profesją, a sposobem na godne życie, a właściwie na dokończenie życia. Uwielbiam grać, ale koncerty to całkiem coś innego. Bardzo lubię opowiadać poprzez swoją muzykę, ale nie ma już rywalizacji, kto jest lepszy lub po kim będę grać. To już nie jest ważne, zostało to, co najlepsze: muzyka, na której można się skupić i od której nic w życiu już nie zależy i możliwość dzielenia się nią. Nie mogę sobie wyobrazić życia bez muzyki pomimo mojego wieku. Chciałbym mieć możliwość występowania jak najdłużej, dopóki jeszcze są propozycje i chęci oraz przekazywać młodym ludziom moje doświadczenie, czym się zajmuję.

Dzisiaj niczego nie potrzebuję od jazzu, daję tyle, ile mogę. To moja odskocznia. Jazz daje mi więcej, niż ja daję. Mogę się tylko odwdzięczyć swoimi lekcjami.

 

Czytaj więcej: CULTURE.PL

 

Autor: Denys Shpigov

Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Anna Maria Wolska

 

Logo culture pl

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

wywiady na pasku