poniedziałek, 29 listopada 2021

dwie godziny fnOdwieczne tematy literatury – czas, pamięć, przemijanie – obrodziły znaczącymi dziełami liczących się pisarzy. Warto sięgnąć do inspirujących książek rodzimych mistrzów pióra, w których uparty czas swoiście meandruje i zapętla się, stając się niekiedy głównym bohaterem opowieści.

 

Kadr z filmu "Dwie godziny", reżyseria: Józef Wyszomirski, Stanisław Wohl, 1946, fot. WFDiF/ Studio Filmowe Kadr/ Filmoteka Narodowa/ www.fototeka.fn.org.pl

 

Każdy oczytany człowiek magazynuje w swojej świadomości wrażenia po satysfakcjonujących go lekturach. Idę o zakład, że w większości z nich jako naczelny motyw, wiążący poczynania bohaterów w mniej lub bardziej sensowny układ, występuje czas, bo tak być musi. Znajdą się wśród nich zarówno sagi rodzinne, jak też eposy i epopeje, wiersze czy poematy.

Przemijanie stanowi ważny motyw Biblii, zawarty choćby w kategorycznym stwierdzeniu: "prochem jesteś i w proch się obrócisz". Jest obecne w "Wielkim testamencie" Villona ("ach gdzież są niegdysiejsze śniegi"), w "Hamlecie" Szekspira, "Fauście" Goethego ("trwaj chwilo, jesteś piękna") oraz "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta, gdzie wspomnienia bohatera ewokuje smak magdalenki, ciastka spożytego przezeń w dzieciństwie. Czas płynie nieubłaganie w "Czarodziejskiej górze" Tomasza Manna, której tom pierwszy obejmuje siedem miesięcy nieplanowanego pobytu młodego Niemca Hansa Castorpa w szwajcarskim sanatorium Berghoff, za to tom drugi, równy objętością poprzedniemu, również siedem, ale lat.

W rozpoznaniu i oswajaniu się z myślą o przemijalności świata brali udział, oczywiście, i nasi ludzie pióra. Refleksja nad czasem przenika poetyckie utwory: "O żywocie ludzkim" Jana Kochanowskiego, "O krótkości i niepewności na świecie żywota człowieczego" Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, "Krótkość żywota" Daniela Naborowskiego, jak również narodową epopeję "Pan Tadeusz" Adama Mickiewicza. Z bliższym nam czasów można wymienić: "Wspomnienie" Juliana Tuwima, "Koniugację" Haliny Poświatowskiej, "Radość pisania" Wisławy Szymborskiej, "Tablicę z Macondo" Stanisława Barańczaka i sporo innych.

Czas i jego upływ wypełnia wiele dzieł polskiej prozy, że wspomnimy choćby "Lalkę" Bolesława Prusa, "Chłopów" i "Ziemię obiecaną" Władysława Reymonta, "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej, "Panny z Wilka", "Brzezinę" czy "Sławę i chwałę" Jarosława Iwaszkiewicza, "Widnokrąg" i "Kamień na kamieniu" Wiesława Myśliwskiego, "Spis cudzołożnic" Jerzego Pilcha, "Prawiek i inne czasy" oraz "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk. Lista na pewno nie jest ani pełna, ani zamknięta i można by wymienić jeszcze niejedną pasującą tu powieść, nowelę czy opowiadanie. Naszą uwagę zajęły jednak utwory, w których czas staje się jednym z nader ważnych uczestników rozgrywających się wydarzeń, ergo – pełnoprawnym bohaterem dzieła.

 

Stanisław Ignacy Witkiewicz, "W małym dworku"

 

witkacy w malym dworku

Stanisław Ignacy Witkiewicz, fotograficzny autoportret Witkacego, fot. z kolekcji Ewy Franczak i Stefana Okołowicza. Okładka książki Stanisława Ignacego Witkiewicza "W małym dworku", fot. wydawnictwo Siedmioróg

 

Dramat Stanisława Ignacego Witkiewicza z 1921 roku, z ostatnią sceną dopisaną cztery lata później. Autor napisał go jako parodię konwencji realistycznej zawartej w sztuce "W małym domku" Tadeusza Rittnera.

Akcja dramatu Witkacego rozgrywa się majątku w okolicach Sandomierza. Akt I: Dyapanazy Nibek, owdowiały ojciec dwóch nastoletnich córek, Zosi i Amelki, do opieki nad nimi sprowadził młodą kuzynkę Anetę, nauczycielkę muzyki. W dworku przebywa także niespełniony poeta Jęzory Pasiukowski. Podczas seansu spirytystycznego urządzonego przez dziewczynki pojawia się Widmo ich matki, Anastazji. Jej niespodziewana obecność skłania uczestników seansu do wyznań. Dyapanazy oznajmia, że zastrzelił żonę, gdyż zdradzała go z Jęzorym. Anastazja snuje odmienną wersję wydarzeń: zmarła na skutek raka wątroby, a jej kochankiem był oficjalista Ignacy Kozdroń. Jęzory czuje się upokorzony kwestionowaniem jego sukcesów miłosnych. Wezwany oficjalista na widok Widma reaguje śmiertelnym przerażeniem i nie jest w stanie logicznie się wysłowić.

Akt II: Następnego dnia rankiem Widmo przysiada się do wspólnego śniadania. W świetle dnia nawet Kozdroń przestaje panikować. Duch Anastazji wyjaśnia wątpliwości: ponieważ w chorobie zażywała znaczne dawki opium, mogła nieświadomie zostać wykorzystana przez Jęzorego. Podobnie Dyapanazy mógł ją zabić pogrążoną w narkotycznym śnie. Widmo nakłania byłych kochanków do zgody. Nibek z Kozdroniem otrzymują od Anastazji dostęp jej intymnego dziennika. Z kolei Jęzory odczytuje swój nowy wiersz, w którym antycypuje dalsze wydarzenia. Dziewczynki są zachwycone, Widmo wręcz przeciwnie – zalewa się łzami. Kiedy Anastazja zostaje sama z Amelką i Zosią, nakazuje córkom wykraść ze spiżarni określony napój i wypić go po połowie.

Akt III: Dyonizy z oficjalistą oddają się lekturze pamiętnika denatki, dołącza do nich Jęzory. Po czasie, gdy zostaje sam, przybywa Widmo Anastazji. Eks kochanka wyznaje poecie, że darzy go miłością, odrzucała go jednak w przeczuciu niechybnej się śmierci. Teraz Widmo przyszłość Jęzorego widzi go w związku z kuzynką Anetą. Jej interwencja podziałała, przybyła właśnie piastunka dziewczynek oddala się z Jęzorym do sąsiedniego pokoju.

 

w starym dworku czyli niepodleglosc trojkatow

Kadr z filmu "W starym dworku, czyli niepodległość trójkątów", reżyseria: Andrzej Kotkowski, 1984. Na zdjęciu: Grażyna Szapołowska (Aneta), Jerzy Bończak (Jęzory), fot. WFDiF/ po Studiu Filmowym "Zebra"/ Filmoteka Narodowa/ www.fototeka.fn.org.pl

 

Siostrzyczki wypijają znalezioną w spiżarni truciznę. Śmierć obu córek odkrywa Dyapanazy. Podczas zarządzonych przez Anastazję przygotowań do pochówku zrozpaczony ojciec popełnia samobójstwo. W czasie, gdy pozostali przy życiu domownicy udają się na kolację, Nibek z żoną i córkami, pod postacią widm, odchodzą wspólnie do lepszego świata.

Obok inspiracji Rittnerem, istotnym źródłem dla Witkacego była również "Sonata widm" Strindberga, skąd pisarz zaczerpnął koncepcję widma zawieszonego pomiędzy dwoma światami – nie do końca ducha, ale i nie w pełni realnej osoby z krwi i kości. Podobnie jak u Strindberga w refleksji bohaterów przewija się metaforyczne określenie ludzi żyjących na ziemi jako widm.

Dla nas istotny jest tu czas – niby linearny, lecz nie do końca realny. Spotkanie grona ludzi z osobą poniekąd zmarłą, choć nadal wykazującą wszystkie cechy właściwe światu żywych, nasuwa refleksję o dziwnym zapętleniu czasu i przestrzeni. Przywołuje również koncepcję św. Augustyna, obecną w jego "Wyznaniach", gdzie podzielił się z nami myślą, że omnipotentny Bóg ma w zaświatach odosobnione miejsce, w którym jednocześnie występują wszystkie czasy naraz: przeszły, teraźniejszy i przyszły, skąd czerpie to, co uzna za właściwe.

 

Bruno Schulz, "Sklepy cynamonowe", "Sanatorium pod Klepsydrą"

 

sanatorium pod klepsydra fn czas

Kadr z filmu "Sanatorium pod klepsydrą" Wojciecha Jerzego Hasa, 1973. Na zdjęciu: Jan Nowicki (Józef) i Ludwik Benoit (Szloma), fot. Janusz Kaliciński/ WFDIF/ po Studiu Filmowym "Kadr"/ Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny/ www.fototeka.fn.org.pl

 

Dwa zbiory opowiadań Brunona Schulza stanowią niedościgły wzór mistrzowskiego posługiwania się pełną inwencji, barwną i żywą polszczyzną. Wyobraźnia autora znalazła artystyczny wyraz w jego poetyckiej prozie i w intrygujących rysunkach. Pisarz odmalował słowem mikro- i makrokosmos galicyjskiego miasta, rodzinnego Drohobycza, które – po równie nagłej, co krótkotrwałej koniunkturze związanej z eksploatacją pobliskich złóż ropy naftowej – w dwudziestoleciu międzywojennym z wolna zatracało charakter metropolii. Proza ta, harmonijnie łącząca w sobie niezwykłe treści z kunsztem formy, jest mocno nacechowana osobliwą urodą – jak to ujął Artur Sandauer – "rzeczywistości zdegradowanej", schyłkowej, odchodzącej w przeszłość.

Sugestywny, poetycko-opisowy język niesie całe sekwencje niezmiernie plastycznych skojarzeń. Kipią one od bogactwa szczegółów, za którymi fantazja zda się ledwo nadążać. Opowiadania Schulza przepajają pełne malarskiego wdzięku opisy kobiecej, leniwie kuszącej seksualności. A wszystko to jest przepojone żywiołem magicznego słowa. Czyni je to absolutnie niepodrabialnymi, a ich autora umieszcza w rzędzie największych geniuszy pióra.

Cały dorobek pisarski Schulza jest wyrazem utajonej tęsknoty za odchodzącymi w przeszłość obrazami beztroskiego dzieciństwa i fascynującej młodości, z jaką łączą się zawsze pełne nadziei widoki na coraz ciekawsze, z dnia na dzień lepsze, nadchodzące jutro. Konfrontacja z twardą rzeczywistością nie zawsze jednak jest równie ekscytująca jak w młodzieńczych przewidywaniach. Wtedy na szczęście w sukurs przychodzi sztuka, bo tylko ona ocala ludzi i czasy.

Mimo sukcesu wydawniczego swoich opowiadań składających się na "Sklepy cynamonowe" (1933) i "Sanatorium pod Klepsydrą" (1937), coraz częstszych publikacji prasowych, sławy literackiej potwierdzonej Złotym Wawrzynem Akademickim Polskiej Akademii Literatury (1938), podania Schulza o przyznanie mu płatnego urlopu były przez ministerialnych urzędników edukacji z roku na rok odrzucane, co znacznie komplikowało mu pisanie powieści "Mesjasz": "Trzeba tkwić ciągle w pracy, nie przerywać jej – nie uczyć np. w szkole – gdyż ten brak ciągłości zabija natchnienie" – tłumaczył znajomym w listach. Przez wzgląd na trudne warunki materialne i przywiązanie do miejsca pracy musiał także zrezygnować z ułożenia sobie osobistego życia.

 

sanatorium pod klepsydra e fn

Kadr z filmu "Sanatorium pod klepsydrą" Wojciecha Jerzego Hasa, 1973, fot. Romuald Pieńkowski/ Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny/ www.fototeka.fn.org.pl

 

Brak pewności siebie i zagubienie zarówno dojrzewającego, jak i dorosłego Brunona przyczyniły się do szukania kompensacji w sztuce, choć zapewne miały również znaczące konsekwencje w życiu. Stąd wziął się wyraźnie widoczny – szczególnie w jego rysunkach – kompleks masochisty wraz z predylekcjami do podporządkowania się władczej woli pięknej, długonogiej kobiety, stojącej z pejczem w ręku nad grupką pełzających u jej stóp skarlałych, pokracznych mężczyzn, z których jeden obowiązkowo musiał mieć rysy artysty.

Cóż tedy pozostaje? Największym protestem przeciw przemijaniu świata, na jaki człowiek może się zdobyć, jest tworzona przezeń literatura, ponieważ pisanie staje się jego zwycięstwem nad prawami życia i śmierci. Autor – pod warunkiem, że jest tak dobry, jak tu wymieniony – zyskuje wtedy pełnię władzy nad światem i czasem.

 

Stanisław Lem, "Powrót z gwiazd"

 

powrot z gwiazd forum

Okładka książki Stanisława Lema "Powrót z gwiazd", fot. Wydawnictwo Literackie. Stanisław Lem, 1993, Kraków, fot. Stanisław Wójcik/ Forum

 

Głównym motywem, na jakim Stanisław Lem zbudował akcję swojej powieści, były konsekwencje dylatacji czasu. Zjawisko to Albert Einstein obwieścił w szczególnej teorii względności w 1905 roku. Jej przypuszczalne skutki autor obrazowo przedstawił na przykładzie bohatera "Powrotu z gwiazd".

Hal Breg był astronautą, jednym z członków załogi statku kosmicznego "Prometeusz", na którym odbył wyprawę badawczą w okolice gwiazdy Fomalhaut. Po dekadzie lotu mężczyzna powrócił na Ziemię, starzejąc się o 10 lat czasu pokładowego. Tymczasem na jego ojczystym gruncie zdążyło ich upłynąć 127.

Zaraz po przylocie Hal zagubił się w szokująco nowoczesnej, technologicznie nierozpoznanej rzeczywistości. Astronauta budził uwagę otoczenia imponującym wzrostem i niespotykaną już muskulaturą, uzyskaną na skutek wielu lat poddawania organizmu kosmicznym przeciążeniom. Na pytanie, ile ma naprawdę lat, zniecierpliwiony odparł: "Co to znaczy – naprawdę? Biologicznych czterdzieści, a według ziemskich zegarów sto pięćdziesiąt siedem".

W "Powrocie z gwiazd" Stanisław Lem polemizuje z utopijnymi mitami o możliwości stworzenia społeczeństwa wiecznej szczęśliwości. Żeby utrzymać trwały pokój na Ziemi, każdego z jej mieszkańców tuż po urodzeniu zapobiegawczo poddawano chemicznemu zabiegowi betryzacji, eliminującemu gen agresji. Rzecz w tym, że w spacyfikowanych w ów poręczny sposób ludziach, wpojona im łagodność spowodowała zanik wszelkich uczuć, które wszak nie mogą istnieć bez emocji.

Mimo wszechstronnego wykształcenia i osobistej ogłady Hal był powszechnie uważany za dzikusa. Nie dorastał do nowej rzeczywistości, technologicznie rozwiniętej do tego stopnia, że wyprawy astronautyczne były traktowane jako echo barbarzyńskiej przeszłości – równie archaiczne, jak mityczna włóczęga Odysa. Program podboju kosmosu nie licował bowiem z pacyfistycznym nastawieniem zbetryzowanej populacji, wyzbytej skłonności do jakiegokolwiek ryzyka – i to do tego stopnia, że doszło nawet do wyrugowania ekstremalnych sportów.

Z kolei umiejętność neutralizacji przeciążenia i bezwładności wyeliminowała katastrofy komunikacyjne. Brak jakichkolwiek zagrożeń sprawił, że tak zunifikowane życie Hal odbierał jako mdłe, bo przewidywalne. Bez dreszczy emocjonującej przygody, w sumie pozbawione smaku.

Najtrudniejszym testem ziemskim dla byłego astronauty stało się ułożenie sobie życia uczuciowo-rodzinnego. Paradoksalnie dlatego, że odbicie zachwycającej Eri z rąk jej dotychczasowego admiratora, w pozbawionym rywalizacji świecie nie nastręczało najmniejszych trudności.

Mężczyzna nie może zaimponować kobiecie brawurą, szaleńczym postępkiem, a przecież literatura, sztuka, cała kultura wiekami karmiła się tym nurtem: miłość w obliczu ostateczności.

"Powrót z gwiazd" jest ironiczną polemiką autora z utopią planowania idealnych społeczeństw, czego iluzoryczne wizje są wciąż jeszcze domeną mniej lub bardziej rozgarniętych satrapów. Ludzie przyszłości, wolni wprawdzie od plagi wojny, przemocy i rozlewu krwi, zostali ukazani jako jednostki odgórnie ubezwłasnowolnione, pozbawione inicjatywy i możliwości decydowania o własnym losie. Powieść Stanisława Lema to także ostrzeżenie – coraz mniej futurologiczne, coraz bardziej realne – przed manipulacją, na jaką z własnej woli potrafią się skazać narody niegdyś demokratyczne.

 

Wiesław Myśliwski, "Ucho Igielne"

 

mysliwski wieslaw en w

Okładka książki Wiesława Myśliwskiego "Ucho Igielne", fot. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Wiesław Myśliwski, fot. Jacek Domiński/ Reporter/ East News

 

W "Uchu Igielnym" na czytelnika przyzwyczajonego do linearnego przebiegu powieściowej akcji czeka niespodzianka. Już od pierwszych stron jasno widocznym założeniem tej prozy jest charakterystyczne zapętlenie czasu. Sprawia ono, że powszednia z pozoru sytuacja wypada nieoczekiwanie z rytmu zwyczajowego postępowania, co potocznie zwykło się określać dziwnością istnienia.

Sprawia to wrażenie jednoczesnego współwystępowania przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – jak w przytoczonej tu wcześniej koncepcji św. Augustyna – co niekiedy daje zdumiewające kombinacje. Sędziwy człowiek może tu napotkać swoje młodzieńcze wcielenie – i vice versa. Ostatnie strony powieści Myśliwskiego ujawnią właściwy kontekst wszelkich poczynań nieznanego z imienia bohatera, któremu zdarzyło się spotykać dawno niewidziane osoby, niekiedy nawet niepokojąco tożsame z nim samym: "Naprawdę mi pana żal, gdy pomyślę, że pańska młodość przyoblecze się kiedyś w moją starość" – usłyszy.

Ustalone normy istnieją wszak po to, żeby móc sobie pozwolić na niejakie odstępstwa od nich. Udział w budowaniu nowego ładu społecznego po tragicznych doświadczeniach wojny, skąd "nikt nie wraca niewinny", przebiegał rozmaicie, często dramatycznie. Młody człowiek, mimo rozwijanych przed nim pokus, nie ulegał sofistyce ideologicznych nacisków.

Bohater nauczył się sztuki przetrwania w niekoniecznie przyjaznym środowisku. Po latach, już jako znany profesor historii średniowiecza, dostrzega znamienne paralele wśród obyczajów ówczesnych ludzi i współczesnych. Uświadamia sobie prawdy odwieczne, jak choćby tę, wypowiedzianą przez prostą, steraną życiem kobietę: "skąd się biorą sanitariuszki na wojnie? Z rozpaczy po zawiedzionych miłościach".

Zaproszony do miasta, w którym wyrósł i chodził do szkoły, gdzie go fetowano jako cenionego naukowca, w wymianie zdań po wygłoszonym odczycie "Czy historia nam potrzebna?", usłyszał z ust dwudziestokilkulatka: "Ja chciałem zapytać, po co nam to wszystko wiedzieć, co tam kiedyś było. Pracy przez to łatwiej nie dostanę. A już od dwóch lat jestem bezrobotny". I był to jeden z najtrudniejszych sprawdzianów złotoustego uczonego, swobodnie radzącego sobie na międzynarodowych kongresach historyków.

Okoliczność obchodów 400-lecia jego szkoły skłoniła go z kolei do równie owocnych rozważań:

Pomyślałem, że gdyby tak człowiekowi przyszło żyć czterysta lat, czy zniósłby swoje życie? Wątpię. Ale może za tę cenę poznałby lepiej świat? Tym bardziej wątpię.

Na tle dotychczasowych osiągnięć literackich Wiesława Myśliwskiego "Ucho Igielne" jest jego najbardziej złożoną książką. Tytuł autor zapożyczył od nazwy dobrze znanego zabytku, jakim określa się Furtę Dominikańską w Sandomierzu, czyli w mieście swojej gimnazjalno-licealnej młodości.

Literatura może zatrzymywać czas. Ocalać od zapomnienia chwile, ludzi, przedmioty. Indywidualnego, realnego istnienia ludzkiego przedłużyć jednak nie może.

 

Autor: Janusz R. Kowalczyk

Janusz R. Kowalczyk – teatrolog i filmoznawca (UJ, Kraków), scenarzysta (PWSFTViT, Łódź). Satyryk (Piwnica pod Baranami, 1978–1987). Recenzent teatralny ("Rzeczpospolita", 1990–2008). Autor słuchowisk, scenariuszy, książek (m.in. "Wracając do moich Baranów" i, z Pawłem Szlachetko, "STS. Tu wszystko się zaczęło"). Od 2009 w Culture.pl – zajmuje się literaturą.

 

LOGO culture pl

muzy na pasku male