|
Kamczatka. Koniec geografii cz.2 |
|
|
|
|
Leszek Tomczuk
|
|
24.08.2008. |
|
Strona 1 z 5 Podróż na Kamczatkę obfituje w paradoksy. Z jednej strony bowiem
uczestniczymy w wyprawie na sam koniec świata, z drugiej zaś w
ekspedycji do prapoczątku Ziemi, do czasu, kiedy nasza planeta
nabierała obecnego kształtu.
Ludzie na Kamczatce żyją, jak pionierzy-zdobywcy. Stając oko w oko z nieokiełznanym żywiołem, dzień w dzień borykają się z trudami życia i mimo przeciwności losu, znajdują tam szczęście.
Kamczackie szczęście
Dla przeciętnego Polaka Kamczatka kojarzy się raczej niedobrze. To jakiś koniec i coś dramatycznego, zwłaszcza w kategoriach geopolitycznych. Wszak na wschodniej stronie półwyspu, za Morzem Ochockim, mamy Magadan – miejsce zsyłek i więzień, a w ogóle to przecież Syberia – i już wiadomo w co żeśmy się zamotali. Niewola. Słowo dramat i wytrych zarazem, zwłaszcza dla politycznych leniwców. Wszystko zatem jest jasne. Jeśli natomiast chodzi o mnie: na Kamczatkę pojechałem po klucze do rozumu, zechciałem zrozumieć tę wyklętą ziemię.
Wiem, że w poprzedniej części nie wyjaśniłem podtytułu „koniec geografii”. Nie uczynię tego i teraz. Nie znajdę też miejsca na napisanie o zwiastunach narodzin Ziemi, czyli o aktywnych wulkanach. Tymi tematami zajmę się dopiero w części końcowej, ale nic nie obiecuję, wszak nie wiem jak moja pisanina się skończy, może wcześniej się wykończę. Literacko.
No tak - ja tu o nieszczęściach a miało być o kamczackim szczęściu. Na dobry początek uwierzmy: Kamczatka - to nie zmarzlina i nie nieszczęście. Wbrew malkontentom i nieudacznikom, którzy rozpanoszyli się w politycznej przestrzeni i którzy chcą nas wszystkich zarazić antyruskim wirusem, postaram się swoją tezę jakoś uzasadnić.
Po co komu Europa?
Podpierając się klasykiem - zacznijmy od dodatnich plusów. Na Kamczatce zima jest zimowa i przez to przepiękna, północ przychodzi o północy a dzień się zaczyna w dzień. Po prostu. Bynajmniej nie przesadzam. Z tą zimą oczywiście trochę kombinuję. Opieram się na relacjach tubylców i troszkę papuguję, bo przecież nic o niej nie wiem. Kamczackie mrozy dopiero zamierzam przeżyć, kiedy w niedookreślonej przyszłości przezimuję w Esso, w miejscowości, której uroki opisałem w pierwszej części reportażu.
Zauważmy oczywistą oczywistość (znowuż lecę klasykiem): w Polsce około północny biesiadowanie bez oświetlenia grozi towarzyską katastrofą. W okolicach dziesiątej, nawet w czerwcu, musimy już teatr wydarzeń podświetlać, choćby po to, by wyeliminować naszą niezgrabność. Bez noktowizora nie widzimy kogo gościmy i komu co nalewamy. Na Kamczatce jest normalniej, bowiem do północy panuje jasność. I bynajmniej nie chodzi o białe noce, nie ten rejon świata. Potem - nagle! - nadciąga noc, a już po 3-4 godzinach budzi się ranek. Jeśli ktoś kiedyś przekroczył krąg polarny, pożył tam trochę – zrozumie o czym piszę. W przypadku Kamczatki owo wytłumaczenie jest jednak bez sensu. Półwysep leży na podobnej do naszej szerokości. Kiedy zakręcimy globusem – okazuje się, że pod względem geograficznym Polskę z Kamczatką łączy bliźniactwo. Po co zatem – pytam – tak się nadymamy? Niczym amerykański indor.
Po trąbach powietrznych rujnujących domostwa na Śląsku Opolskim, odebrałem z Kamczatki SMS-a: „Żyjesz? U nas w telewizji pokazywali tornado, które dopadło twoją ziemię”. Ludzie! – wołam – spasiba za troskę płynącą z krainy, gdzie tajfuny są codziennością, gdzie zaczęła się już jesień a niedźwiedzie gromadzą sadło i powoli rozglądają się za przytulną gawrą.
|