|
Kamczatka. Koniec geografii cz. 1 |
|
|
|
|
Leszek Tomczuk
|
|
10.08.2008. |
|
Strona 3 z 7
Lądowanie we mgle. Tuman
Mimo łagodnego lotu i perfekcyjnego położenia potężnej maszyny na płycie lotniska, lądowanie w Elizowie jest przygnębiające. Znika jasność i przepadają wystające ponad pułap chmur ośnieżone stożki sopek: Wiluczyńskiej, Awaczyńskiej i Koriackiej – domasznych, czyli domowych wulkanów, które otaczają Pietropawłowsk Kamczacki – stolicę regionu. Całą przestrzeń zajmuje mgła, po rosyjsku – tuman. Lepiej zapomnieć o moskiewskim upale bo Kamczatka wita temperaturą 15°C.
Człowiek zadaje sobie pytanie: po co komu owa ponurość? Stan przygnębienia wzmaga niepokój (co mnie tutaj czeka?), niewyspanie, zmęczenie kilkudniową podróżą, pomylenie dat i godzin. Każdy z kolegów ma inaczej ustawiony zegarek. Jakiś patriota zatrzymał czas warszawski, ktoś drugi przystanął w Kijowie, większość zatrzymała czas moskiewski, a więc są wciąż w Europie, a ci wyrywni, popychając wskazówki do przodu, postarzyli się o 11 godzin!
Powoli wraca równowaga. Myślę iż bierze się to z energii tubylców, którzy w tych niezwykłych warunkach żyją od zawsze. Ich uśmiechy, dyskretne spojrzenia i zainteresowanie przybyszami z innego świata robią swoje. I oto dzieje się cud. Niewidoczne dotąd kształty domostw, roślinność, ulice – stają się wyraźniejsze. Tuman rozwiewa się i nieśmiało przebija słońce.
Nienachlaną nadzieję wnosi zagadnięta w autobusie Irina (28 l.) – farmaceutka, zapewniająca, że jeszcze wczoraj było żarko a prognozy na jutro są raczej pomyślne. Ale nikt niczego nie gwarantuje, wszak to Kamczatka. Ona trochę się dziwi, co takiego przygnało nas do nich. Osobiście nie chce tutaj żyć i po 5 latach pobytu wyjeżdża do Woroneża. Zostawia chłopa lubiącego wódkę i dziewczyny, który na dokładkę lubi nie pracować.
Cierpliwość i wiara są siostrami Cudu. Warto było zaczekać i nie tracić wiary. Nowy dzień budzi się skąpany w słońcu. I oto okazuje się, że stolica Kamczatki została zlokalizowana niezwykle pięknie, na wielu wzniesieniach, tarasowo, nad Zatoką Awaczyńską, która jest oknem na Ocean Spokojny. Pacyfik, największy akwen globu – to on odpowiada za kapryśność kamczackiej aury, zazdrośnie (tuman jeden!) skrywa urodę miasta, któremu patronują święci: Piotr i Paweł.
Pomnik apostołów – symbol miasta jest dziś miejscem kultowym. Okalający go płot służy do przypinania kłódek z wygrawerowanymi imionami nowożeńców, którzy wyrzuceniem klucza w otchłań Pacyfiku przypieczętowują dozgonną miłość. Jest więc na tej ziemi i nadzieja i miłość i jakaś przyszłość! – stwierdzam z wyraźną ulgą.
To nie wszystko. Jest też i przeszłość. Nieopodal Piotra i Pawła stoi monument wodza rewolucji październikowej u stóp którego widnieje bardzo współczesne zapewnienie: „Plan Putina będzie realizowany!”. Na szczęście gigantyczny Lenin jest ledwie kamykiem na tle nieogarnionej potęgi Wulkanu Koriackiego, królującego w widokowej przestrzeni Pietropawłowska.
Zwrot w tył (Iljicz Uljanow musi być za naszymi placami, a jak ktoś mocno nienasycony – poniżej) i mamy panoramę Zatoki Awaczyńskiej, z majaczącym stożkiem Wiluczyńskiej Sopki. Oto południe Kamczatki, sam jej krajuszek, tam w końcu wylądowałem, rozbijając namiot w starej kalderze wulkanicznej. Ale zostawmy ów temat na osobną opowieść.
|